Gazeta Pomorska - 21 maja 2013

 

Lekarka stwierdziła zgon bez badania pacjentki. Kobieta... żyła!

Dramatyczna pomyłka lekarki pogotowia w Żołędowie. Pani anestezjolog wypisała akt zgonu nie badając pacjentki. Ta bulwersująca historia wydarzyła się w poniedziałek (20 maja 2013) w zaciszu plebanii przy ulicy Bydgoskiej 30 w Żołędowie.

 


 

17.04.2013 dzisiaj, 00:01 Newsweek fot. Reuters

Oskarżam


Rodzicom, którym właśnie ma się urodzić dziecko, powiedziałbym:

nie ufajcie lekarzom

– mówi sztangista, brązowy medalista olimpijski z Londynu, Bartłomiej Bonk. Pięć miesięcy temu urodziły mu się bliźniaczki, jedna z niedotlenieniem mózgu. Uważa, że winni są lekarze.

calivita



Newsweek: Ciągle jest pan wściekły na lekarzy?

Bartłomiej Bonk: Po nocach spać nie mogę, bo bez przerwy myślę, co zrobiono mojemu dziecku. Serce mi pęka, kiedy widzę, jak cierpi. Wszystkie badania prenatalne, a zrobiono ich całą masę, wskazywały, że Julka będzie zdrowa, nie miała żadnej wady genetycznej.
A teraz w jakim jest stanie?
– W ciężkim. Odłączono ją już od respiratora, oddycha samodzielnie, czasem ruszy rączką, czasem nóżką, ale poza tym nie ma żadnej poprawy. Zmiany powstałe na skutek niedotlenienia mózgu podczas porodu są bardzo duże.
A jej siostra bliźniaczka?
– Majka rozwija się prawidłowo. Też jest rehabilitowana, bo była wcześniakiem. Ale to drobne rzeczy: trzeba ćwiczeniami skorygować jej postawę, bo jest trochę niestabilna, leżąc na brzuszku, przechyla się na bok. Wie pani, nie da się opisać tego, co czuję, patrząc na moje córki. Jedziemy do szpitala i widzimy jedną, która cierpi. A później wracamy do domu, patrzymy na jej zdrową siostrę, taką do niej podobną, i zadajemy sobie pytanie: dlaczego tak się stało? Dlaczego jedna siostrzyczka nie leży obok drugiej? Dlaczego obie nie są zdrowe? Dlaczego lekarze ze szpitala położniczego w Opolu nie potrafili odebrać porodu?
Rozmawia pan o tym z żoną?
– Cały czas, nie da się o tym nie rozmawiać. Nawet jak idziemy na spacer i widzimy wózki ze zdrowymi dziećmi, to zaraz zaczynamy się zastanawiać, dlaczego spotkała nas taka tragedia. Każdego dnia zadajemy sobie takie pytania i nie znajdujemy racjonalnych odpowiedzi. A ci, którzy są odpowiedzialni za naszą tragedię, nie poczuwają się do winy. A przecież można było tej tragedii uniknąć jedną decyzją pana ordynatora albo jego zastępczyni, która była przy porodzie. Gdyby któreś z nich podjęło decyzję o cesarskim cięciu, miałbym w domu dwie zdrowe córeczki. Moja żona już leżała na sali przygotowana do cesarskiego cięcia, bo takie były zalecenia lekarza, który prowadził jej ciążę. Ale przyszedł ordynator, kazał zrobić USG i na jego podstawie zdecydował, że żona ma rodzić siłami natury. Bo podobno oba płody były ułożone główkowo, co jest wskazaniem do porodu naturalnego. Zapisu z tego badania oczywiście dziś nikt nie ma, gdzieś przepadł.

A wtedy żona błagała ordynatora, żeby zrobili jej cesarkę, ale odpowiedział, że to jego szpital i jego zdanie jest najważniejsze.

Użył takich słów?

Tak, dokładnie takich. Stał w drzwiach, ręka w kieszeni i tak z nami rozmawiał. Bezczelny. Potem przyszła jego zastępczyni i obiecała, że jak tylko coś złego będzie się działo, to natychmiast podejmie decyzję o cesarce. Ale nie zrobiła nic.

Wy wiedzieliście, że dzieje się coś złego?
– Widać było, że żona strasznie cierpi. Mówiła, że nie ma siły rodzić naturalnie, prosiła o cesarkę. Lekarze natomiast twierdzili, że wszystko jest dobrze. Zaufaliśmy im i to był nasz wielki błąd. Myśleliśmy, że specjaliści wiedzą, co robią. A oni nawet nie zrobili badania USG po urodzeniu pierwszej córki, żeby sprawdzić, w jakim położeniu jest druga. Albo czy nie jest owinięta pępowiną. Potem okazało się, że Julka była dwa razy owinięta pępowiną.
Pierwsza urodziła się Maja.
– Przez chwilę była zupełnie cichutka, więc trochę się niepokoiłem, ale zaraz zapłakała i już wiedziałem, że wszystko jest w porządku. Dostała siedem punktów w dziesięciopunktowej skali Apgar, która ocenia czynności życiowe noworodka. Z Julką, która przyszła na świat 45 minut później, było zupełnie inaczej – cała sina, bez napięcia mięśniowego. Dusiła się przez te 45 minut! Lekarze od razu zabrali ją do innej sali na reanimację, wiedzieli, że jest bardzo źle. Dostała 1 punkt w skali Apgar i diagnozę: ostre niedotlenienie mózgu. Potem dowiedziałem się, że to, iż w ogóle przeżyła, to był prawdziwy cud.
Czy lekarze powiedzieli wam, co się stało?
– Nic nam nie mówili. Dopiero później przyszła zastępczyni ordynatora i powiedziała, że nie wiedzą, dlaczego dziecko jest w takim złym stanie, skoro poród przebiegał prawidłowo. A przecież nie przebiegał prawidłowo, o czym świadczy choćby KTG, czyli zapis akcji serca dziecka. Normalnie linia powinna wznosić się i opadać, a u Julki była praktycznie płaska, co wskazuje, że dziecko może być niedotlenione. Dlaczego żaden z lekarzy nie zwrócił na to uwagi? Przecież należało natychmiast podjąć decyzję o cesarce! Ale nie, trzeba rodzić naturalnie. Pyta pani, co wtedy czułem? Tego się nie da opisać. Byłem załamany, widziałem, jak żona cierpi. I cały czas myślałem, że wszystko mogło być inaczej, gdyby ktoś podjął na czas właściwą decyzję. Takie rzeczy nie mają prawa się wydarzyć w XXI wieku.
Kiedy przyszła złość na lekarzy?
– Od razu. Jeszcze tego samego dnia poszedłem do ordynatora, ale go nie spotkałem. Na drugi dzień też poszedłem, ale chyba szybciej uciekł z pracy, bo o godzinie 14 już go nie było. Kiedy w końcu złapałem go trzeciego dnia, stwierdził, że wszystko było zrobione tak, jak należy, bo takie są procedury. Ale przecież gdyby procedury były w tym wszystkim najważniejsze, to co drugi Polak mógłby zostać lekarzem. Bo procedur może się każdy nauczyć, ale nie każdy może być lekarzem. Lekarz musi mieć podejście do pacjenta, musi chcieć pomóc kobiecie, która widocznie cierpi. Żona do dziś nie może się otrząsnąć z tego, co się stało.
Płacze?
– Bardzo często. Łzy nic nie pomogą, ale nie da się ich powstrzymać. Mamy zdrowe dziecko w domu i ciągle zadajemy sobie pytanie, gdzie jest Julka? Dlaczego nie leży obok Majki i nie śmieje się tak jak ona?
A pan – silny facet, ciężarowiec – jak to znosi?
– Jestem silny, oczywiście, ale cała ta sytuacja boli mnie tak samo jak żonę. Może tylko trochę inaczej ten ból okazuję, ale on siedzi we mnie. Myślę, że gdyby Julka była moim jedynym dzieckiem i urodziła się w takim stanie, tobym nie udźwignął tego ciężaru. A dzisiaj najprawdopodobniej siedziałbym w więzieniu.
Dlaczego?
– Bo do głowy przychodziły mi przeróżne myśli. Nie, nie chciałem nikogo zabić, ale naprawdę nie wiem, co bym zrobił, gdybym nie był takim opanowanym człowiekiem. Chociaż czasem myślę, że może jestem zbyt spokojny, zbyt ugodowy. Może jakbym się w szpitalu postawił, jakbym na kogoś krzyknął, dał w pysk temu człowiekowi, który powinien zrobić inaczej, a nie zrobił, to dzisiaj miałbym w domu dwie zdrowe córki?
Ma pan pretensje do siebie?
– Nie. Ani to moja wina, ani wina mojej żony, że dziecko jest w takim stanie. To wina lekarzy, bo to oni nie potrafili przyjąć go na świat w bezpieczny sposób. Traktowali żonę jak z automatu: ciąża bliźniacza, osiem lat temu urodziła jedno dziecko, to dwójkę też urodzi. Takie było ich podejście.
Jak zmieniło się wasze życie od czasu narodzin bliźniaczek?
– Wszystko stanęło na głowie. Mieliśmy plany, marzenia i już wiadomo, że się nie zrealizują. Jestem zawodnikiem kadry narodowej, a nie jeżdżę na zjazdy i zawody. Teraz powinienem być na mistrzostwach Europy, ale spędzam czas między domem a szpitalem.
Tydzień temu pojawiła się informacja, że rzuca pan karierę sportową, aby zająć się chorą córką.
– To nieprawda. Ja nie mogę rzucić kariery. Na mistrzostwa Europy nie pojechałem, bo po prostu nie byłem w stanie się do nich przyszykować. Na sali treningowej bywam o wiele za rzadko, ale w tej chwili po prostu nie mogę więcej ćwiczyć. Nie powinno tak być. Również dlatego, że jeśli nie zdobędę medalu, to nie zarobię pieniędzy. Ale będę starał się przygotować do mistrzostw świata, które odbędą się na przełomie września i października, prawdopodobnie we Wrocławiu. Może do tego czasu Julka będzie w domu, dostanie dobrą opiekę, a ja będę miał więcej czasu, żeby trenować. Jestem sztangistą od 16 lat, gdybym teraz przestał trenować, to zostałbym na lodzie. Po zeszłorocznym medalu na igrzyskach olimpijskich mam stypendium z Ministerstwa Sportu i kolejne z klubu. Muszę się szykować do mistrzostw świata, muszę startować w zawodach ligowych. Jak nie będę startował, to te stypendia się skończą i nie będę miał z czego żyć. A ja potrzebuję pieniędzy, ostatnio na przykład musiałem kupić mieszkanie, bo w służbowym nie ma warunków, żeby przyjąć chore dziecko.
Czego będzie potrzebowała Julka, kiedy wróci do domu?
– Na pewno będzie miała swój pokój, kupimy jej aparaturę konieczną do życia i rehabilitacji, 24 godziny na dobę będą przy niej wykwalifikowane osoby, które mają pojęcie o takich przypadkach. W tym momencie najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej wróciła do domu. Ona jeszcze nie spędziła z rodziną ani jednego dnia. Cały czas leży a to w jednym, a to w drugim szpitalu, a my jeździmy za nią. Bo co innego możemy? Kochamy ją.
Co pan czuje, biorąc ją na ręce?
– Przede wszystkim, że muszę jej zapewnić jak najlepszą opiekę, to jest jej bardzo potrzebne. Ale jest też potrzebne nam, my musimy mieć świadomość, że zrobiliśmy dla niej wszystko, co możliwe. Ciężko się o tym mówi. Bo od razu przychodzi człowiekowi do głowy, że to dziecko powinno być zdrowe, powinno być teraz z nami, a nie w szpitalu.
Jakie Julka ma rokowania?
– To jest trudne pytanie, nie wiemy, jak będzie się rozwijała. Żaden lekarz nie obiecał nam, że będzie jakaś poprawa. Raczej starają się nam uświadomić, że nie wiadomo, czy cokolwiek da się zrobić, żeby dziecko mogło usiąść, żeby mogło mówić. Raczej wszyscy sugerują, że nic nie da się zrobić. Ale my mamy nadzieję, przecież na świecie są różni lekarze, różni rehabilitanci, a jak wiadomo, rehabilitacja potrafi zdziałać cuda. Są też ośrodki za granicą. Cały czas wierzymy, że stan Julki poprawi się na tyle, żeby chociaż mogła się uśmiechać.
Dlaczego zdecydował się pan wytoczyć proces szpitalowi?
– Na rehabilitację mojego dziecka są potrzebne ogromne pieniądze. Kilka, może nawet kilkanaście tysięcy miesięcznie. My nie chcemy tych pieniędzy dla siebie, tylko dla Julki, która będzie potrzebowała fachowej pomocy nie przez miesiąc czy dwa, ale całymi latami.
Samo odszkodowanie na długo nie wystarczy, jak pan zamierza zgromadzić takie pieniądze?
– Jest dużo osób, które chcą pomagać. Będę brał kredyty. Dzisiaj nie wiem, co jeszcze będę musiał zrobić. Na pewno, gdy tylko dziecko będzie w domu, złożę wniosek do sądu o to, żeby szpital już na czas procesu przyznał jakieś pieniądze. Żebym nie musiał chodzić i prosić o pomoc, tylko żeby zapłacili ci, którzy zawinili. Ale nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że w tym procesie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi również o to, aby szpital przyznał się do błędu, bo na razie nie chce tego zrobić. Zaraz po porodzie dyrekcja opublikowała wynik prac wewnętrznej komisji, która badała nasz przypadek, i tam padło stwierdzenie o błędzie lekarzy. Dwoje z nich straciło nawet pracę. A teraz
znowu się wypierają.
W jednym z wywiadów powiedział pan, że ten proces jest również po to, by już więcej nie doszło do podobnej tragedii.
– Takie tragedie są, niestety, nieuniknione. Chodzi o to, żeby lekarze wiedzieli, iż nie wszystko im ujdzie płazem. Bo teraz umywają ręce, próbują tuszować swoją winę, ukrywają niewygodne fakty. Nie może tak być. Dlatego rodzicom, którym właśnie ma się urodzić dziecko, powiedziałbym: nie ufajcie lekarzom.
Nie za ostro?
– Nie. Proszę zobaczyć, co się dzieje, jak się im ufa. U nas była ciąża bliźniacza, były wyraźne przesłanki do cesarskiego cięcia, a lekarze nie zrobili nic. Kompletnie nic.
A czy nie dopuszcza pan myśli, że oni jednak zrobili wszystko, co możliwe, a pan rzuca na nich bezpodstawne oskarżenia z żalu, że urodziło się panu chore dziecko?
– Nie. Nie mogę dopuszczać do siebie takiej myśli. Moje dziecko było zdrowe, kiedy żonę przyjmowano do szpitala. Jakby lekarze zrobili wszystko, co w ich mocy, to urodziłoby się zdrowe.

Do czasu rozpoczęcia procesu szpital nie chce komentować sprawy
Rozmawia Renata Kim

 

 

 


 

Pomylili pacjentów !!!

45-letni pacjent nie żyje


W szpitalu w Ostrowie Wielkopolskim zmarł 45-letni mężczyzna, któremu podano krew o nieodpowiedniej grupie. Sprawą już zajęła się prokuratura.
Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, pacjent trafił do szpitala z powodu ciężkiej choroby wątroby. Umarł po czterech dniach od podania krwi. Sprawą zajmuje się już prokuratura. – Prokuratura  Rejonowa w Ostrowie Wielkopolskim 15 października wszczęła śledztwo w sprawie śmierci 45-letniego pacjenta miejscowego szpitala - mówi Janusz Walczak, zastępca prokuratora okręgowego. - Jako przedmiot postanowienia wskazano narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przebywającego na jednym z oddziałów pacjenta i jego śmierci poprzez podanie preparatu krwinek czerwonych niezgodnych jego grupą.

Pomylili pacjentów

Z naszych informacji wynika, że pan Grzegorz do ostrowskiego szpitala trafił na początku miesiąca. Krew przetoczono mu 8 października. Lekarze pomylili pacjentów. - Temu panu przetoczono zupełnie inną grupę krwi. To oznaczało jedno - śmierć mężczyzny. Po transfuzji u pacjenta wystąpił wstrząs poprzetoczeniowy - mówi nasz informator. - W momencie, kiedy personel zauważył, iż doszło do pomyłki, preparat krwi natychmiast został odłączony. Rozpoczęto także stosowne leczenie - opisuje sytuację dyrektor Bierła.

Śledczy zabezpieczyli dokumentację medyczną zmarłego mężczyzny. Przesłuchano także ordynatora oddziału wewnętrznego, planowane sa kolejne przesłuchania.

Zmarły za niecały miesiąc skończyłby 46 lat.

Wyjątkowy pech

Jak mówi Hanna Skalisz z Regionalnej Stacji Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Poznaniu pomyłki przy podawaniu preparatów krwi niestety się zdarzają, ale bardzo rzadko i nie wszystkie są groźne dla życia. - Najbardziej niebezpieczne są pomyłki w układzie A-B-O. Grupa "O" jest uniwersalna i można ja podać każdemu. Jeżeli choremu z grupą "O" przetoczy się krew grupy "A" lub "B", to dochodzi do hemolizy wewnątrz naczyń, czyli do rozpadu krwinek, ale nie jest to reakcja gwałtowna. Najbardziej niebezpieczne jest podanie choremu z grupą "O" preparat krwi grupy "AB". Wówczas hemoliza przebiega błyskawicznie i dochodzi do blokady nerek. To najgroźniejsze powikłanie, które może skończyć się zgonem - tłumaczy Skalisz.

O to, by krew była odpowiednia dla chorego dba laboratorium w szpitalu, które przed każdym przetoczeniem, wykonuje próby zgodności serologicznej między krwią pacjenta, porcją, która ma mu zostać podana. A lekarz, przed samym przetoczeniem sprawdza, czy wypisany przez laboratorium dokument zgadza się z opisem preparatu i danymi pacjenta.


 


 

 

17 kwietnia 2013, 12:15

Stracił nogę przez zaniedbania lekarzy.

 

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie 26-latka, któremu amputowano nogę po opatrzeniu przez innego lekarza. Pracując w gospodarstwie młody mężczyzna przebił widłami łydkę. Lekarz opatrzył ranę, ale zamiast zostawić rolnika na obserwacji odesłał go do domu. 26-latek twierdzi, że codziennie odwiedzał lekarzy i że za każdym razem odsyłano go z kwitkiem. W końcu nogę - z powodu zakażenia - trzeba było amputować.

Wypadek wydarzył się w piątek. W poniedziałek Paweł Kowara wraz z pełnomocnikiem wnieśli do prokuratury prośbę o sprawdzenie sprawy.
Już po dwóch dniach prokurator zdecydował się na wszczęcie postępowania. Sądzi, że istnieje duże  prawdopodobieństwo  popełnienia w tej sprawie przestępstwa.

- W prokuraturze doszło do przesłuchania w charakterze świadka matki pokrzywdzonego. W oparciu o ten materiał dowodowy oraz załączone przez pokrzywdzonego kserokopie z części dokumentów medycznych dotyczących jego hospitalizacji, w dniu dzisiejszym prokurator referent wszczął śledztwo prokuratorskie własne. Dotyczy ono ewentualnego, umyślnego narażenia tego człowieka przez lekarzy szpitala w Piotrkowie Trybunalskim na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i w konsekwencji spowodowanie u niego nieumyślnego kalectwa - tłumaczy prokuratura.
Paweł Kowara zaraz po wypadku zgłosił się do nocnej pomocy medycznej, jednak tam powiedziano mu, że należy zgłosić się do szpitala. Mężczyzna tak właśnie postąpił, został przyjęty. Ranę powierzchownie zdezynfekowano. Potem mężczyzna jeszcze kilka razy wracał do szpitala. Trafił też do przyszpitalnej przychodni, w której nie dostał skierowania do szpitala.
Mężczyzna  wystąpił o dokumentację medyczną ze swojego leczenia. Okazało się, że pojawiły się w niej istotne rozbieżności. Prokuratura sprawdzi zatem też możliwość jej fałszowania. - W jednej dokumentacji jest nie taki charakter pisma. Jest też skierowanie do szpitala, a ja takiego skierowania nie widziałem, nie dostałem go - mówi 26-latek.
Lekarz ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, który przyjmował mężczyznę oraz lekarz z przychodni przyszpitalnej są obecnie na urlopach. Jedyną osobą, która wypowiada się w sprawie, jest dyrektor szpitala, który przekonuje, że wszczął postępowanie sprawdzające.
- Trudno mi mówić w sytuacji, w której jestem stroną. Trudno osądzać samego siebie. Po postępowaniu wyjaśniającym, po zakończonym procesie leczenia w szpitalu, skierowałem wniosek do Okręgowej Izby Lekarskiej w Łodzi o sprawdzenie prawidłowości postępowania lekarzy przy konkretnym pacjencie - powiedział dyrektor szpitala wojewódzkiego w Piotrkowie Trybunalskim Marek Konieczko.

 

 

Przykładfy można mnożyć i strach myśleć co każdemu może się przydażyć z powodu niechlujstwa i zaniedbania.

 

Zapamiętaj więć że:

Zdrowie nasze jest sprawą zbyt poważną by pozostawić je

tylko w rękach lekarzy.

Sam możesz często dla swojego zdrowia zrobić więcej

jak lekarz i medycyna.

Czytaj fakty >>>

 

 

 

Sok Noni w promocyjnej cenie >>>